Pierwszym elementem procesu jest odzyskanie wody, która stanowi około 70 procent masy ciała. Zwłoki zamrażane są do temperatury – 18 stopni Celsjusza, a następnie poddawane są działaniu ciekłego azotu (a więc temperaturze -196 st. C). Stają się kruche i łamliwe. Dzięki wibracjom o określonej amplitudzie zmieniają się w organiczny proszek. Ten zasysany jest do komory, w której odparowywana jest z niego woda. Z suchego proszku oddzielane są wszelkie metale, np. z plomb lub śrub wszczepianych w ciało. Pozostałość wkładana jest do małej trumny ze skrobi kukurydzianej. Z pogrzebem nie ma pośpiechu – organiczny proszek, który dostajemy jest absolutnie czysty, bezwonny i nie rozkłada się, jeśli jest trzymany w suchym miejscu.
Jednak nie chodzi o to, by przechowywać szczątki. Zakopuje się je płytko w ziemi. Po 6-12 miesiącach trumna wraz z zawartością zamienia się w kompost. Można na miejscu pochówku zasadzić drzewo, krzew lub kwiaty, które będą czerpać substancje odżywcze ze rozkładającego się organicznego proszku.
Szczerze powiem, że niewąsko się zdziwiłem czytając te słowa. Może to i bardzo praktyczne podejście do ochrony środowiska, jednak czy właściwe postępowanie jeżeli chodzi o szacunek dla zmarłego? Ok, ktoś może mi zarzucić, a czy kremowania ciała to też niedobry sposób? Wydaje się jednak, że odwadnianie (plazmoliza?) a następnie używanie ciekłego azotu jest jakby mniej ludzkie aniżeli kremacja. A co Ty sądzisz na ten temat?





